piątek, 9 grudnia 2011 14:42:31
Napiszę notkę o niczym. Tylko po to, żeby zaznaczyć swoją nikłą aktywność. O czym bowiem pisać, jeżeli opisanie tego co się u mnie dzieje, zarówno w świecie fizyczym jak i duchowym, było by błache i nudne - uczelnia, stancja, uczelnia, stancja, stajnia, uczelnia... albo szczęście, smutek, niepokój, smutek, niepokój, szczęście itd. - a gdybym chciała uczynić dłuższy opis, zabrakłoby mi czasu na naukę, która jak by nie było, jest na pierwszym miejscu (ok, kiepska ze mnie przedstawicielka "życia studenckiego" - nie mylić z "życiem akademickim").
Dlatego niechaj moje słowa płyną w eter. Może ktoś je przeczyta i zapełni swój umysł tą nikomu, niepotrzebną treścią.
Dlatego niechaj moje słowa płyną w eter. Może ktoś je przeczyta i zapełni swój umysł tą nikomu, niepotrzebną treścią.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
komentarze [0]
sobota, 30 lipica 2011 14:45:43
Nuda, bezproduktywność. Nicość, bezcelowość. Słabość, szarość myśli, bezsensowność. Płytkość, pustka, niepełność. Niespełnienie, niewidoczność, niejasność. Niedowierzanie.
Pragnienie oderwania, zmiany, uniesienia się ponad, spojrzenia z innej perspektywy, działania, pozytywnego bodźca do działania, spotkania się z prawdziwymi ludźmi, wyciągnięcia człowieczeństwa z bliźnich. Wyciągnięcia człowieczeństwa z siebie samej. Obudzenie się z tego nudnego snu. Zanurzenie się w głębinie i wzlecenie w przestworza, nie ślizganie się po powierzchni. Zburzenie muru niemocy, pokonanie samej siebie, swoich słabości. Pokonanie nieszczerych zamiarów innych ludzi. Być sobą, być sobą, być sobą. Własne zdanie, własna wola, własne działanie. Odwaga, miłość, odpowiedzialność. Przejrzenie. Rozum+intuicja. Dużo siły, dużo Boga, dużo miłości.
Pragnienie oderwania, zmiany, uniesienia się ponad, spojrzenia z innej perspektywy, działania, pozytywnego bodźca do działania, spotkania się z prawdziwymi ludźmi, wyciągnięcia człowieczeństwa z bliźnich. Wyciągnięcia człowieczeństwa z siebie samej. Obudzenie się z tego nudnego snu. Zanurzenie się w głębinie i wzlecenie w przestworza, nie ślizganie się po powierzchni. Zburzenie muru niemocy, pokonanie samej siebie, swoich słabości. Pokonanie nieszczerych zamiarów innych ludzi. Być sobą, być sobą, być sobą. Własne zdanie, własna wola, własne działanie. Odwaga, miłość, odpowiedzialność. Przejrzenie. Rozum+intuicja. Dużo siły, dużo Boga, dużo miłości.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
wtorek, 17 maja 2011 20:43:25
To był jeden z niebrzydkich marcowych dni tego roku. Postanowiliśmy pojechać w pierwszy wiosenny teren. Oczywiście na końskim grzbiecie.
Umówieni na godzinę dziewiątą rano, w składzie: Monika, Moniczka, Grzesiek i ja. Wybieramy konie: Moniczka-Hasan, Monika-Karino... nie, Monika na nim nie pojedzie. Dla niej będzie Filip, a dla mnie Karino... Hmm, koń mokry... No to dla mnie Szuan, albo Niwa. Niech będzie Niwa, Grzesiek bierze Szuana na konia prowadzącego.
Trochę spóźnieni, ale wyjeżdżamy. Czy zdążymy wrócić jeszcze na zajęcia? Ja mam dzisiaj ważną konferencję. Lepiej by było na niej być...
Staram się wyczuć konia. Kurczę, za dużo to ostatnio nie jeździłam, a Niwa podobno miewa wybryki... Oj tam! Już nie w takie tereny się jeździło! Na drodze pierwsza przeszkoda - musimy przejechać pod strasznym mostem kolejowym. Jedzie pociąg. Niwa robi zrwot na zadzie i zaczyna wracać do stajni galopem. Naszczęście wcześniej nastawiona do tego psychicznie szybko udaje mi sie nią zatrzymać. Ok, w takim razie nie jest źle - mam nad nią jakąś władzę. Przyda mi się ona przy kolejnej przeszkodzie - metalowy mostek nad rzeczką i to jakże straszne dudnienie kopyt w niego uderzających! Niwa oczywiście i tym razem postanawia uciec, ale odważna dziewczynka daje się uspokoić i przekonać, że most nie zjada koni. Świetnie - jak do tej pory dwie straszne potwory pokonane. Jednakże na drodze czai sie więcej niebezpieczeństw. Na szczęście mój koń nie boi się takich błahostek jak kupa żwiru, czy studzienka kanalizacyjna - to stwory polujące na Szuana. Nawet jakieś strzały słyszane z oddali nie są w stanie wystraszyć mojego rumaka!
Dojechaliśmy nad zalew Zemborzycki. Przed nami kolejna przeszkoda - rów melioracyjny. No to hop! Była chwila zawahania, ale w końcu nasze cudowne rumaki pokonały i tą przeszkodę! Fantastycznie, wierzdżamy na wał i jedziemy wzdłóż wielkiej wody. Pierwszy galop. Niwa ma przyspieszenie. Potem czas na szukanie ładnej plaży, rozpoznanie terenu, aż w końcu czas wracać. Jeszcze zrobimy sobie galop na długiej. Dajemy gazu, Niwa przyspiesza i... odskakuje w bok. Tracę równowagę, ale jeszcze się trzymam. Trzymam się ledwo, bo po chwili spadam i doceniam swój kask. Auć, głowa mi nap***rza, ale poza tym jest ok. Chwila skontrolowania mojego stanu zdrowia i stanu wcześniej wspomnianego kasku - pęknięty. Dobrze, że to nie była moja czaszka. Przynajmniej mam pretekst, żeby kupić sobie nowy, lepszy. A teraz na koń i do przodu! Za kilkanaście minut znów prubujemy z galopem. Świetnia, mam konia pod kontrolą. W końcu komenda "Do kłusa! ". Ekstra, tylko, że żaden koń jakoś nie ma ochoty się zatrzymać - prowadzący Szuan jest jeszcze trochę niedoświadczony. Staram się wyhamować Niwą, ale nic z tego. W końcu Szuan z Hasanem zatrzymuja się nagle, a Niwa nie chcąc pocałować się z zadem tego drugiego, odskakuje w bok, fundując mi w ten sposób bliskie spodkanie z drzewem... Porażka... Koniec, zamieniam się na konie - biorę Filipa. Monika przynajmniej poradzi sobie z Niunią, nie to co ja. Skoro wszystko jest już w porządku, robimy sobie kolejny galop. Wszystko pięknie, nowy jeździec Niwy doskonale daje sobie z nią radę, a jade na bezproblemowym Filipie. Grzesiek odwraca się, żeby sprawdzić, czy nikt nie spada z konia na drzewo, bądź na ubitą ziemię. Zwraca się ponownie w kierunku jazdy, a tu... Słup! Szybka akcja ostrogami, i przeszkoda ominięta... Hasan nie zdążył. Akcja dzieje się szybko. Nie wiem kiedy, Moniczka już stoi obok konia, patrzy na niego zszokowana i płacze. "Boże, Monika, nic Ci nie jest?" "H-hasan! O Boże! H-hasiu!" "My się o Ciebie boimy, a Ty płaczej nad koniem!" Grzesiek zchodzi z Szuana, ogląda Hasana. "Nic mu Monika nie jest, jeszcze zaobserwujemy go w stajni. A teraz wsiadaj i jedziemy." "Dobrze, że nie było ludzi w okolicy, bo to dopiero byłaby sensacja..."
Teraz już tylko spokojny powrót do stajni. Już nie było potworów. Żadna przeszkoda nie była nam straszna. Można by powiedzieć, ża dało się zrelaksować. "Nigdy jeszcze nie miałem takiego terenu." stwierdził Grzesiek. Cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz.
Jesteśmy w stajni. Zsiadamy z koni, rozbieramy, rozczyszczamy. Hasan idzie na oberwację i ochładzanie spuchniętej nogi. Nikt nie obiecał, że będzie łatwo - w końcu to sport ekstremalny. Która godzina... Grzesiek już nie zdąży na ćwiczenia, poza tym musi pooobserwować Hasana. Człowiek, na którym mi najbardziej zależało w całej konferencji już wygłosił swój wykład, więc olewam sprawę. Monika ma dopiero wieczorem jeden wykład. Tylko Moniczka musi wracać do domu. Czas się odstresować - idziemy na pizzę, pijemy piwo i rąbiemy drewno. Nieczęsto chmielowy napój smakuje tak dobrze. Po tak długiej przerwie w jeździe, mogę powiedzieć, że teren był niecodzienny. Czułam to jeszcze przez tydzień - tylko podeszfy stóp mnie nie bolały.
Tak to bywa w końskim światku.
Umówieni na godzinę dziewiątą rano, w składzie: Monika, Moniczka, Grzesiek i ja. Wybieramy konie: Moniczka-Hasan, Monika-Karino... nie, Monika na nim nie pojedzie. Dla niej będzie Filip, a dla mnie Karino... Hmm, koń mokry... No to dla mnie Szuan, albo Niwa. Niech będzie Niwa, Grzesiek bierze Szuana na konia prowadzącego.
Trochę spóźnieni, ale wyjeżdżamy. Czy zdążymy wrócić jeszcze na zajęcia? Ja mam dzisiaj ważną konferencję. Lepiej by było na niej być...
Staram się wyczuć konia. Kurczę, za dużo to ostatnio nie jeździłam, a Niwa podobno miewa wybryki... Oj tam! Już nie w takie tereny się jeździło! Na drodze pierwsza przeszkoda - musimy przejechać pod strasznym mostem kolejowym. Jedzie pociąg. Niwa robi zrwot na zadzie i zaczyna wracać do stajni galopem. Naszczęście wcześniej nastawiona do tego psychicznie szybko udaje mi sie nią zatrzymać. Ok, w takim razie nie jest źle - mam nad nią jakąś władzę. Przyda mi się ona przy kolejnej przeszkodzie - metalowy mostek nad rzeczką i to jakże straszne dudnienie kopyt w niego uderzających! Niwa oczywiście i tym razem postanawia uciec, ale odważna dziewczynka daje się uspokoić i przekonać, że most nie zjada koni. Świetnie - jak do tej pory dwie straszne potwory pokonane. Jednakże na drodze czai sie więcej niebezpieczeństw. Na szczęście mój koń nie boi się takich błahostek jak kupa żwiru, czy studzienka kanalizacyjna - to stwory polujące na Szuana. Nawet jakieś strzały słyszane z oddali nie są w stanie wystraszyć mojego rumaka!
Dojechaliśmy nad zalew Zemborzycki. Przed nami kolejna przeszkoda - rów melioracyjny. No to hop! Była chwila zawahania, ale w końcu nasze cudowne rumaki pokonały i tą przeszkodę! Fantastycznie, wierzdżamy na wał i jedziemy wzdłóż wielkiej wody. Pierwszy galop. Niwa ma przyspieszenie. Potem czas na szukanie ładnej plaży, rozpoznanie terenu, aż w końcu czas wracać. Jeszcze zrobimy sobie galop na długiej. Dajemy gazu, Niwa przyspiesza i... odskakuje w bok. Tracę równowagę, ale jeszcze się trzymam. Trzymam się ledwo, bo po chwili spadam i doceniam swój kask. Auć, głowa mi nap***rza, ale poza tym jest ok. Chwila skontrolowania mojego stanu zdrowia i stanu wcześniej wspomnianego kasku - pęknięty. Dobrze, że to nie była moja czaszka. Przynajmniej mam pretekst, żeby kupić sobie nowy, lepszy. A teraz na koń i do przodu! Za kilkanaście minut znów prubujemy z galopem. Świetnia, mam konia pod kontrolą. W końcu komenda "Do kłusa! ". Ekstra, tylko, że żaden koń jakoś nie ma ochoty się zatrzymać - prowadzący Szuan jest jeszcze trochę niedoświadczony. Staram się wyhamować Niwą, ale nic z tego. W końcu Szuan z Hasanem zatrzymuja się nagle, a Niwa nie chcąc pocałować się z zadem tego drugiego, odskakuje w bok, fundując mi w ten sposób bliskie spodkanie z drzewem... Porażka... Koniec, zamieniam się na konie - biorę Filipa. Monika przynajmniej poradzi sobie z Niunią, nie to co ja. Skoro wszystko jest już w porządku, robimy sobie kolejny galop. Wszystko pięknie, nowy jeździec Niwy doskonale daje sobie z nią radę, a jade na bezproblemowym Filipie. Grzesiek odwraca się, żeby sprawdzić, czy nikt nie spada z konia na drzewo, bądź na ubitą ziemię. Zwraca się ponownie w kierunku jazdy, a tu... Słup! Szybka akcja ostrogami, i przeszkoda ominięta... Hasan nie zdążył. Akcja dzieje się szybko. Nie wiem kiedy, Moniczka już stoi obok konia, patrzy na niego zszokowana i płacze. "Boże, Monika, nic Ci nie jest?" "H-hasan! O Boże! H-hasiu!" "My się o Ciebie boimy, a Ty płaczej nad koniem!" Grzesiek zchodzi z Szuana, ogląda Hasana. "Nic mu Monika nie jest, jeszcze zaobserwujemy go w stajni. A teraz wsiadaj i jedziemy." "Dobrze, że nie było ludzi w okolicy, bo to dopiero byłaby sensacja..."
Teraz już tylko spokojny powrót do stajni. Już nie było potworów. Żadna przeszkoda nie była nam straszna. Można by powiedzieć, ża dało się zrelaksować. "Nigdy jeszcze nie miałem takiego terenu." stwierdził Grzesiek. Cóż, zawsze musi być ten pierwszy raz.
Jesteśmy w stajni. Zsiadamy z koni, rozbieramy, rozczyszczamy. Hasan idzie na oberwację i ochładzanie spuchniętej nogi. Nikt nie obiecał, że będzie łatwo - w końcu to sport ekstremalny. Która godzina... Grzesiek już nie zdąży na ćwiczenia, poza tym musi pooobserwować Hasana. Człowiek, na którym mi najbardziej zależało w całej konferencji już wygłosił swój wykład, więc olewam sprawę. Monika ma dopiero wieczorem jeden wykład. Tylko Moniczka musi wracać do domu. Czas się odstresować - idziemy na pizzę, pijemy piwo i rąbiemy drewno. Nieczęsto chmielowy napój smakuje tak dobrze. Po tak długiej przerwie w jeździe, mogę powiedzieć, że teren był niecodzienny. Czułam to jeszcze przez tydzień - tylko podeszfy stóp mnie nie bolały.
Tak to bywa w końskim światku.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
piątek, 4 marca 2011 12:36:08
Właśnie rozmawiałam ze swoją dobrą koleżanką o koszmarach. Opowiedziała mi swój ostatni o tym jak spadała z jakiegoś wysokiego budynku, potem upadła na ziemie i zaczęła się pod nią zapadać. Czuła, że umiera. Wtedy przypomniałam sobie swój najgorszy sen.
Nie miałam w zasadzie żadnych wrażeń wizualnych. Widziałam tylko ciemność, taką jaką się widzi mając zamknięte oczy. Ale to co czułam trudno opisać tak, aby oddać to w pełni. Otaczało mnie czyste, stężone Zło. "Zło" piszę z dużej litery, bowiem odnosiłam wrażenie, jakby miało ono jakąś swoją inteligencję i to niemałą. Nie dosyć, że byłam otoczona przez to wrażenie/uczucie/ducha (jak nazwać coś niematerialnego? z tych wszystkich opcji chyba najlepiej określić to "Zło" jako "ducha", bowiem "wrażenie", czy "uczucie" to raczej coś, co jest powodowane czynnikami zewnętrznymi, ale wypływa ze mnie, a to coś absolutnie nie było częścią mnie), to jeszcze on mnie przenikał na wskroś. Chciałam się oczywiście jak najszybciej obudzić, bo miałam pewną świadomość tego, że to jest sen, ale nie mogłam, jak to zwykle bywa w marzeniach sennych. I mimo tej mojej pewnej świadomości nieprawdziwości tego wszystkiego, strach nie ustępował. Nigdy w życiu się tak nie bałam. To był lęk bez możliwości ucieczki od niego, któremu towarzyszyło uczucie bezradności. Nie tak jakby mnie Bóg opuścił, ale trochę tak, jakby odwrócił ode mnie wzrok (oczywiście naprawdę nie wiem jak to jest i nie chcę wiedzieć, ale trochę tak to sobie wyobrażam po tym śnie). W końcu się obudziłam, ale to nie był koniec koszmaru. Jeszcze przez kilka długich minut miałam wrażenie, że to Zło gdzieś krąży, że jeszcze nie do końca mnie opuściło, i że kryje się gdzieś po kątach. Oczywiście bałam się drugi raz zasnąć.
Mieliście kiedyś podobne sny? Takie właśnie w sumie o niczym, albo jakieś inne, wyjątkowo przerażające i dziwne?
Nie miałam w zasadzie żadnych wrażeń wizualnych. Widziałam tylko ciemność, taką jaką się widzi mając zamknięte oczy. Ale to co czułam trudno opisać tak, aby oddać to w pełni. Otaczało mnie czyste, stężone Zło. "Zło" piszę z dużej litery, bowiem odnosiłam wrażenie, jakby miało ono jakąś swoją inteligencję i to niemałą. Nie dosyć, że byłam otoczona przez to wrażenie/uczucie/ducha (jak nazwać coś niematerialnego? z tych wszystkich opcji chyba najlepiej określić to "Zło" jako "ducha", bowiem "wrażenie", czy "uczucie" to raczej coś, co jest powodowane czynnikami zewnętrznymi, ale wypływa ze mnie, a to coś absolutnie nie było częścią mnie), to jeszcze on mnie przenikał na wskroś. Chciałam się oczywiście jak najszybciej obudzić, bo miałam pewną świadomość tego, że to jest sen, ale nie mogłam, jak to zwykle bywa w marzeniach sennych. I mimo tej mojej pewnej świadomości nieprawdziwości tego wszystkiego, strach nie ustępował. Nigdy w życiu się tak nie bałam. To był lęk bez możliwości ucieczki od niego, któremu towarzyszyło uczucie bezradności. Nie tak jakby mnie Bóg opuścił, ale trochę tak, jakby odwrócił ode mnie wzrok (oczywiście naprawdę nie wiem jak to jest i nie chcę wiedzieć, ale trochę tak to sobie wyobrażam po tym śnie). W końcu się obudziłam, ale to nie był koniec koszmaru. Jeszcze przez kilka długich minut miałam wrażenie, że to Zło gdzieś krąży, że jeszcze nie do końca mnie opuściło, i że kryje się gdzieś po kątach. Oczywiście bałam się drugi raz zasnąć.
Mieliście kiedyś podobne sny? Takie właśnie w sumie o niczym, albo jakieś inne, wyjątkowo przerażające i dziwne?
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
wtorek, 8 czerwca 2010 20:19:33
Piękna pogoda, piękne miejsce, cudowne powietrze-to wszystko każe mi się radować. Nie chcę myśleć o rzeczach, które skłaniają mnie do martwienia się o przyszłość. Wkraczam w wakacyjny nastrój, czyli w beztroskie chwile wypełnione marzeniami i nadzieją na ich spełnienie. Staram nie martwić się jutrem, ale przy tym nie lekceważyć dnia dzisiejszego. Stan mojego ducha kojarzy mi się trochę z tym z czasów liceum. Piękne czasy. Mam nadzieję, że te, które nastaną będą jeszcze lepsze. Mam marzenia i mam na co czekać, chociaż zajmując się tym mogę doświadczyć rozczarowania. Ale wiem, że jeżeli w coś się mocno wierzy, to zawsze jest dawana szansa z góry.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
poniedziałek, 24 maja 2010 17:05:07
To wydarzenie, o którym napisałam ze trzy notki, miało już swoje miejsce i czas. Jestem zadowolona efektem pracy wszystkich osób biorących w tym udział. Na pewno dały z siebie tyle ile mogły. Tylko do siebie mam pewne zastrzeżenia, ale wybaczam je sobie, bo nie popełniłam tych pewnych niedociągnięć z premedytacją.
Nie tylko samo to artystyczne wydarzenie dało mi tyle satysfakcji i radości. Mówią, że najważniejsza jest pogoń za króliczkiem. W tym przypadku pogoń i moment upolowania tego uchacza są chyba tak samo przyjemne, ale muszę przyznać, że choćby bez prób grupy muzycznej, nie byłoby to już to samo.
Sądzę, że całe te przygotowania i sam wernisaż zbliżyły mnie o krok do wszystkich uczestników tego projektu, a do niektórych nawet dwa kroki. Ciesze się bardzo, że lepiej poznałam siostry Teper, szczególnie Alicję (z nią miałam więcej do czynienia ;-) ). Od kilku lat znałam je z widzenia, a nie wiedziałam, że takie fajne z nich osoby.
Inną płynącą z tego korzyścią jest pomysł stworzenia-przynajmniej tymczasowej-grupy zainteresowania sztuką. Byłaby to taka wakacyjna grupa. Moglibyśmy się rozwijać pod względem rysunkowym, malarskim i muzycznym, a może nawet fotograficznym. To jak na razie jest tylko pomysł, ale od tego przecież wszystko się zaczyna. Z tego typu spotkań można by czerpać bardzo wiele przyjemności. Byłoby podobnie jak na próbach przed wernisażem. Luźna, twórcza, przyjacielska atmosfera. Moglibyśmy zorganizować w te wakacje jeszcze inne, już mniejsze wernisaże. Wystawiało by na nich swoje prace nie więcej niż 4 osoby. Może też byłyby aranżowane muzyką. Popytam kogo trzeba, może znajdzie się ktoś chętny do wcielenia tych pomysłów w życie.
Dobrze jest się angażować w projekty przynoszące komuś korzyść. Dobrze jest coś robić, a nie stać w miejscu. Coś jest w tej piosence: "Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo! Niechybnie brakuje tam nas! Od stania w miejscu niejeden już zginął. Niejeden zginął już kwiat." Niejeden talent już zginął, przez siedzenie w miejscu i powtarzanie, że "to mija się z celem".
Na koniec chciałabym podziękować wszystkim za współpracę, a najbardziej Dzikowi, która skłoniła mnie do zaśpiewania z nią, pokonując tym samym mój lęk przed tą czynnością. I mimo to, że nie jestem zachwycona swoim śpiewem, to jestem zadowolona, że się odważyłam :-).
Dziękuję Wam wszystkim i każdemu z osobna :-).
Więcej o wernisażu na:
-TSK24
http://tsk24.pl/rozrywka/2163-wiea-witokrzyska-krew-skaryska
-Skarzysko24
http://www.skarzysko24.pl/content/view/6652/248/
-MCK
http://mck.skarzysko.pl/content/view/603/46/
Nie tylko samo to artystyczne wydarzenie dało mi tyle satysfakcji i radości. Mówią, że najważniejsza jest pogoń za króliczkiem. W tym przypadku pogoń i moment upolowania tego uchacza są chyba tak samo przyjemne, ale muszę przyznać, że choćby bez prób grupy muzycznej, nie byłoby to już to samo.
Sądzę, że całe te przygotowania i sam wernisaż zbliżyły mnie o krok do wszystkich uczestników tego projektu, a do niektórych nawet dwa kroki. Ciesze się bardzo, że lepiej poznałam siostry Teper, szczególnie Alicję (z nią miałam więcej do czynienia ;-) ). Od kilku lat znałam je z widzenia, a nie wiedziałam, że takie fajne z nich osoby.
Inną płynącą z tego korzyścią jest pomysł stworzenia-przynajmniej tymczasowej-grupy zainteresowania sztuką. Byłaby to taka wakacyjna grupa. Moglibyśmy się rozwijać pod względem rysunkowym, malarskim i muzycznym, a może nawet fotograficznym. To jak na razie jest tylko pomysł, ale od tego przecież wszystko się zaczyna. Z tego typu spotkań można by czerpać bardzo wiele przyjemności. Byłoby podobnie jak na próbach przed wernisażem. Luźna, twórcza, przyjacielska atmosfera. Moglibyśmy zorganizować w te wakacje jeszcze inne, już mniejsze wernisaże. Wystawiało by na nich swoje prace nie więcej niż 4 osoby. Może też byłyby aranżowane muzyką. Popytam kogo trzeba, może znajdzie się ktoś chętny do wcielenia tych pomysłów w życie.
Dobrze jest się angażować w projekty przynoszące komuś korzyść. Dobrze jest coś robić, a nie stać w miejscu. Coś jest w tej piosence: "Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo! Niechybnie brakuje tam nas! Od stania w miejscu niejeden już zginął. Niejeden zginął już kwiat." Niejeden talent już zginął, przez siedzenie w miejscu i powtarzanie, że "to mija się z celem".
Na koniec chciałabym podziękować wszystkim za współpracę, a najbardziej Dzikowi, która skłoniła mnie do zaśpiewania z nią, pokonując tym samym mój lęk przed tą czynnością. I mimo to, że nie jestem zachwycona swoim śpiewem, to jestem zadowolona, że się odważyłam :-).
Dziękuję Wam wszystkim i każdemu z osobna :-).
Więcej o wernisażu na:
-TSK24
http://tsk24.pl/rozrywka/2163-wiea-witokrzyska-krew-skaryska
-Skarzysko24
http://www.skarzysko24.pl/content/view/6652/248/
-MCK
http://mck.skarzysko.pl/content/view/603/46/
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Wernisaż-jeszcze dalsze przygotowania.
niedziela, 16 maja 2010 09:18:11Do pisania nie mam zbyt wiele, bo tyleż samo się się nie zmieniło. Pochwalę się tylko nieskromnie plakatem owej wystawy projektu i wykonania Dominiki (Dzika) z zamieszczonymi hasłami wymyślonymi przeze mnie. Oto on:

Dzik się trochę denerwuje, przynajmniej tak mi się wydaje. Ja za to wszystko biorę raczej na luza... To chyba dobrze. Abym tylko nie przegięła. Bardzo się przyzwyczaiłam, że przed wszelkimi występami, czy to muzycznymi, czy aktorskimi (wspomnienia z podstawówki ;P) jest chaos, a potem na scenie wszystko się porządkuje. Aby i tym razem tak było, chociaż ja nie dostrzegam nadmiernego bałaganu w naszej organizacji. Znam tych wszystkich ludzi, którzy biorą udział w projekcie i ufam im.

Dzik się trochę denerwuje, przynajmniej tak mi się wydaje. Ja za to wszystko biorę raczej na luza... To chyba dobrze. Abym tylko nie przegięła. Bardzo się przyzwyczaiłam, że przed wszelkimi występami, czy to muzycznymi, czy aktorskimi (wspomnienia z podstawówki ;P) jest chaos, a potem na scenie wszystko się porządkuje. Aby i tym razem tak było, chociaż ja nie dostrzegam nadmiernego bałaganu w naszej organizacji. Znam tych wszystkich ludzi, którzy biorą udział w projekcie i ufam im.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
czwartek, 6 maja 2010 13:53:43
Południowy wiatr przesiany przez igły jodeł i świerków porastających Łysicę wplata się we włosy świętokrzyskich czarownic, obwieszczając zbliżający się dzień wiosennego sabatu. Wieśniacy czekają na tą noc z trwogą, gdyż wszystkie magiczne istoty wyłaniają się w ten czas ze swoich kryjówek, przyciągane elektryzującymi rytmami wygrywanymi na bębnach. Czarcia muzyka pochłania je bez reszty, każąc im stawić się na diabelskim spotkaniu.
"Hej, siostrzyce, czarownice,
Dalej, żwawo na Łysicę.
Na pomiotła, na pożogi,
Niech ludziska pomrą z trwogi.
Na łopacie wiedźma gna...
Hopsasa, hopsasa.
Na wyścigi pędzą strzygi,
Mkną przez krzaki wilkołaki,
Bladolice topielice
suną chyłkiem na Łysicę"
(J. Stankiewicz, Legendy świętokrzyskie)
"Hej, siostrzyce, czarownice,
Dalej, żwawo na Łysicę.
Na pomiotła, na pożogi,
Niech ludziska pomrą z trwogi.
Na łopacie wiedźma gna...
Hopsasa, hopsasa.
Na wyścigi pędzą strzygi,
Mkną przez krzaki wilkołaki,
Bladolice topielice
suną chyłkiem na Łysicę"
(J. Stankiewicz, Legendy świętokrzyskie)
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Wernisaż-dalsze przygotowania.
piątek, 30 kwietnia 2010 12:27:05Już trochę czasu minęło od napisania mojej ostatniej notki na temat wcześniej wspomnianego wernisażu. Teraz już wiem, że impreza się odbędzie.
W zasadzie wszystko idzie gładko, pędzimy do przodu jak po niemieckiej szosie, choć przeszkadza nam jedna koleina. Nikt nie robi najmniejszych problemów. Największym problemem była utrata jednej osoby, na której miejsce zaraz weszła kolejna. Oprócz tego wszyscy są ze sobą zgodni i nie ma narzekań. Prawie wszyscy są ze sobą zgodni. Jest jedna osoba, która robi więcej rumoru niż jest potrzeba. Trudno mi powiedzieć, że "niestety" jest, ale nie mogę też powiedzieć, że jest "na szczęście". Mam jedynie wielkie wątpliwości co do tego, czy gdybym następnym razem była jedną z organizatorek podobnego przedsięwzięcia, to czy poprosiłabym ją o współpracę. Nie chodzi tu o brak talentu, doświadczenia, dobrej woli, bo to wszystko ma, ale trudno współpracować z kimś, kto chce wszystko przestawić do góry nogami, i która najwyraźniej nie wierzy w dobrą wolę moją i Dzika. Z resztą, jest to zbyt skomplikowana sytuacja, żeby kogokolwiek oceniać. Ta osoba napisałaby o tej całej sprawie kompletnie co innego. Każdy ma swój punkt widzenia.
Mimo pewnych trudności jestem pełna wiary w powodzenie naszego projektu. Kasia, która zajmuje się wszystkim już w MCK jest pełna entuzjazmu w naszej sprawie i pomaga nam tak bardzo jak tylko może. Dużo spokojniejsza będę już po pierwszej próbie z nagłośnieniem i po pierwszej próbie konferansjerki. Mam nadzieję, że nie będę się jąkać :P.
Będzie naprawdę dobrze. Wystarczy tylko uwierzyć w siebie i innych, zaufać swoim zdolnościom i zdolnościom przyjaciół. Dalej niech się wola Nieba dzieje :-).
W zasadzie wszystko idzie gładko, pędzimy do przodu jak po niemieckiej szosie, choć przeszkadza nam jedna koleina. Nikt nie robi najmniejszych problemów. Największym problemem była utrata jednej osoby, na której miejsce zaraz weszła kolejna. Oprócz tego wszyscy są ze sobą zgodni i nie ma narzekań. Prawie wszyscy są ze sobą zgodni. Jest jedna osoba, która robi więcej rumoru niż jest potrzeba. Trudno mi powiedzieć, że "niestety" jest, ale nie mogę też powiedzieć, że jest "na szczęście". Mam jedynie wielkie wątpliwości co do tego, czy gdybym następnym razem była jedną z organizatorek podobnego przedsięwzięcia, to czy poprosiłabym ją o współpracę. Nie chodzi tu o brak talentu, doświadczenia, dobrej woli, bo to wszystko ma, ale trudno współpracować z kimś, kto chce wszystko przestawić do góry nogami, i która najwyraźniej nie wierzy w dobrą wolę moją i Dzika. Z resztą, jest to zbyt skomplikowana sytuacja, żeby kogokolwiek oceniać. Ta osoba napisałaby o tej całej sprawie kompletnie co innego. Każdy ma swój punkt widzenia.
Mimo pewnych trudności jestem pełna wiary w powodzenie naszego projektu. Kasia, która zajmuje się wszystkim już w MCK jest pełna entuzjazmu w naszej sprawie i pomaga nam tak bardzo jak tylko może. Dużo spokojniejsza będę już po pierwszej próbie z nagłośnieniem i po pierwszej próbie konferansjerki. Mam nadzieję, że nie będę się jąkać :P.
Będzie naprawdę dobrze. Wystarczy tylko uwierzyć w siebie i innych, zaufać swoim zdolnościom i zdolnościom przyjaciół. Dalej niech się wola Nieba dzieje :-).
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
niedziela, 21 marca 2010 18:14:01
Kilkanaście minut temu wstawiłam nową notkę. Oczywiście się poużalałam nad sobą. Skomentował mi ją jakiś nieznajomy i mnie opierdzielił za to. Wprawdzie nie uważam, żeby jakoś wczuwał się w moją sytuację, ale kij z tym. Dotarło do mnie, że blog, to nie miejsce na jakieś użalanie się nad sobą, dlatego większość tego typu notek, oraz tych, w których wyrażam jakieś swoje głębsze myśli skasowałam.
No tak, po co tu pisać takie rzeczy, skoro nieznajomi mnie nie zrozumieją, a znajomym mogę powiedzieć to osobiście?
Pozdrowienia wprost z zielonego ogródka.
No tak, po co tu pisać takie rzeczy, skoro nieznajomi mnie nie zrozumieją, a znajomym mogę powiedzieć to osobiście?
Pozdrowienia wprost z zielonego ogródka.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
sobota, 13 marca 2010 19:38:38
Jak na razie wszystko idzie po naszej myśli. Czy nie boję się, że zapeszę tak wcześnie wyrażając swoje zadowolenie? Nie. Z doświadczenia wiem, że jeżeli nie wierzy się w zabobony, to nie działają ;-).Z resztą, jak nie teraz to później, ale odbędzie się na pewno. Wiem to, bo zależy mi na tym.
Byłyśmy ostatnio z Dzikiem w naszym Miejskim Centrum Kultury i sądzę, że obie byłyśmy mile zaskoczone, że wszystko odbyło się tak bezproblemowo. Wprawdzie mamy mały problem z terminem z powodu zaplanowanego remontu w MCK, ale wierzę w to, że jeszcze przed nim zdążymy zrealizować nasz projekt.
Jest wiele powodów do radości. Pierwszy to taki, że Makota nareszcie będzie mogła pokazać kilka swoich prac. Z początku miało to wyglądać trochę inaczej, to miała być tylko wystawa Makoty, ale spotkałam się z Dzikiem i wiele się zmieniło. Nie wiem, czy na lepsze, czy na gorsze... Albo nie-chyba na lepsze. Makocie kiedy indziej zrobię osobną wystawę, jak wyprodukuje więcej prac i na tej wystawie zrobi sobie reklamę ;P. A tak bardziej na serio, to ten projekt jest o tyle lepszy, że będzie mogło się pokazać wiecej ludzi. Niech skarżyszczanie zobaczą, że mamy trochę tych artystów i to lepszych, a nie jakiś takich... eh... Wracając do tych ludzi, to zebrała nam się spora grupka osób. Wszystkich znam, chociaż twórczość niektórych nadal jest dla mnie tajemnicą.
Drugi powód do radości, to fakt, że w tym Skarżysku będzie coś się dziać. I bez nas organizowane są różne imprezy, ale gdyby nie tacy ludzie jak my, to przecież nie byłoby żadnej. Cieszę się, że dokładamy do tego dzieła naszą cegiełkę.
Trzeci powód, jest moim osobistym. Nareszcie coś robię! Już w Krakowie-ba! jeszcze wcześniej!-zaczęłam marudzić Makocie, że można by coś zrobić. Coś fajnego, co pomogłoby innym ludziom, albo inni ludzie mogliby to zobaczyć. I to moje małe-duże marzenie zaczyna się spełniać. A na dodatek wszystko trzyma się w obrębie sztuki. A nawet jeżeli coś by nam przeszkodziło w realizacji naszego projektu, to będzie mnie cieszyć sam fakt, że próbowałyśmy i robiłyśmy ku jego realizacji wiele rzeczy.
Byłyśmy ostatnio z Dzikiem w naszym Miejskim Centrum Kultury i sądzę, że obie byłyśmy mile zaskoczone, że wszystko odbyło się tak bezproblemowo. Wprawdzie mamy mały problem z terminem z powodu zaplanowanego remontu w MCK, ale wierzę w to, że jeszcze przed nim zdążymy zrealizować nasz projekt.
Jest wiele powodów do radości. Pierwszy to taki, że Makota nareszcie będzie mogła pokazać kilka swoich prac. Z początku miało to wyglądać trochę inaczej, to miała być tylko wystawa Makoty, ale spotkałam się z Dzikiem i wiele się zmieniło. Nie wiem, czy na lepsze, czy na gorsze... Albo nie-chyba na lepsze. Makocie kiedy indziej zrobię osobną wystawę, jak wyprodukuje więcej prac i na tej wystawie zrobi sobie reklamę ;P. A tak bardziej na serio, to ten projekt jest o tyle lepszy, że będzie mogło się pokazać wiecej ludzi. Niech skarżyszczanie zobaczą, że mamy trochę tych artystów i to lepszych, a nie jakiś takich... eh... Wracając do tych ludzi, to zebrała nam się spora grupka osób. Wszystkich znam, chociaż twórczość niektórych nadal jest dla mnie tajemnicą.
Drugi powód do radości, to fakt, że w tym Skarżysku będzie coś się dziać. I bez nas organizowane są różne imprezy, ale gdyby nie tacy ludzie jak my, to przecież nie byłoby żadnej. Cieszę się, że dokładamy do tego dzieła naszą cegiełkę.
Trzeci powód, jest moim osobistym. Nareszcie coś robię! Już w Krakowie-ba! jeszcze wcześniej!-zaczęłam marudzić Makocie, że można by coś zrobić. Coś fajnego, co pomogłoby innym ludziom, albo inni ludzie mogliby to zobaczyć. I to moje małe-duże marzenie zaczyna się spełniać. A na dodatek wszystko trzyma się w obrębie sztuki. A nawet jeżeli coś by nam przeszkodziło w realizacji naszego projektu, to będzie mnie cieszyć sam fakt, że próbowałyśmy i robiłyśmy ku jego realizacji wiele rzeczy.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
czwartek, 20 sierpnia 2009 15:11:06
2 dni temu razem z Moniką, Makotą i Agnieszką poszłyśmy do Grzesia w odwiedziny (tak jak robimy to średnio co drugi dzień). Wchodzimy do kuchni, a tam siedzi Mila rozwiązująca zadania z matematyki. Przysiadamy się i tak "dla rozrywki" i sprawdzenia własnych umiejętności przyłączamy się do niej. Po jakimś czasie Mila mówi, że musi już iść ,bo jedzie w teren. Cóż, w takim razie my idziemy na zewnątrz pić herbatkę. Monika tymczasem udaje się prowadzić lekcję jazdy konnej.Ja z Makotą i Agnieszką zostajemy pić napój zaparzony z herbacianych liści przed klubik. Przy okazji możemy zobaczyć krzątającą się Milę, już ubraną w bryczesy, sztylpy i sztyblety. Przychodzi także Kuba-okazuje się, że to z nim Mila jedzie w teren. W końcu koleżanka podchodzi i pyta, która z nas mogłaby pojechać razem z nią i Kubą, bo brakuje im jednej osoby na konia (Mila pojechałaby na swoim koniu Mańku, a Kuba albo na Kubie [koniu], albo na Olimpii, która nigdy nie rozstaje się z Kubą [koniem], w skutek czego oboje byliby bez siebie niespokojni, gdyby musieli się rozdzielić).Monika prowadzi jazdę, więc nie może, Agnieszka w ogóle nie jeździ konno, więc odpada, a Makota nie ma ze sobą stroju jeździeckiego, ani nawet długich spodni, więc też nic z tego. Myślę, że w takim razie może ja... Taka okazja, chyba ze 2 lata nie byłam w terenie! Tylko ,że oprócz tego w ogóle mało jeżdżę, więc czy ja sobie poradzę... Raz kozie śmierć! Jadę!
Kości zostały rzucone. Idę do siodlarni po rzeczy Kuby-konia i udaję się na padok, aby go wyczyścić. Tam spotykam się z Kubą-kolegą, który przygotowuje już do wyjazdu klacz. Okazuje się, że on też długo nie jeździł, i że od dawna nie był w terenie, więc nawzajem się wspieramy duchowo, chociaż, to chyba ja najbardziej tego potrzebowałam.
My już ubraliśmy swoje konie, czekamy jeszcze na Milę. W końcu wyjeżdżamy.
Trasę zaczynamy od przejechania wąską ścieżyną przez las, gdzie ciągle dostaje się z liścia po twarzy. Wtedy doceniłam kuce, bo gdybym jechała na takim, to te wszystkie gałęzie miałabym nad głową, a nie na głowie. Przejeżdżamy obok oczyszczalni ścieków i wjeżdżamy w lasek przy "piaskach". Przejeżdżamy pod torami, wkraczamy na łąkę. Już jest ładnie... te suchedniowskie tereny... Potem znów wjeżdżamy w las, z niego wychodzimy na ulicę, gdzie słychać szczekanie psów i czuć przyjemny zapach smażonych racuchów. Przechodzimy przez większą ulicę, która prowadzi na mostki i jedziemy dalej w stronę lasu, który kojarzy mi się z rowerową wycieczka do Nowej Słupi. W każdym razie wjeżdżamy na łąki pod owym lasem i tam galop! Nareszcie! Galop w terenie to nie to samo co na ujeżdżalni. Nareszcie można poczuć wiatr we włosach, nareszcie można poczuć, że koń sam Cię niesie, a nie Ty go zmuszasz do tego. Nie czujesz już tylko przyjemności z tego, że miło kołysze Twoim ciałem, ale czujesz przyjemność z tego, że koń, na którym siedzisz czuje południowy wiatr w grzywie. Olimpia z radości strzela nawet baranki.
Po galopie chodzimy sobie stępem na obrzeżu lasu, aby to znaleźć do niego jakieś wejście. W końcu nam się to udaje. Po jakimś czasie Milena mówi, że chyba Maniek jej okulał. Zatrzymujemy się przy domu koleżanki, gdzie Mila zsiada z konia i sprawdza, czy faktycznie coś się stało. Zgubił podkowę! Och nie! Miał ją dopiero tydzień! Do tego kopyto trochę odprysło. Co robić? Może jej poszukać. Ale nie, zaraz zrobi się ciemno, nie ma sensu. W takim razie Mila nie wsiada na Mańka, tylko przez ponad połowę drogi powrotnej prowadzi go z ziemi, a ja z Kubą-kolegą jedziemy za nią powolutku.
Zaczyna się robić naprawdę ciemno. Kiedy wjeżdżamy do lasu, wrażenie to pogłębia się jeszcze bardziej. Gdy wyjeżdżamy na uliczkę, latarnie są już zaświecone. Mila wsiada z powrotem na Mańka dopiero na "piaskach" i od tej pory prowadzi nas Kuba-kolega na Olipii. Ja jadę zaraz za nim, a za mną jedzie Mila na Mańku. Gdy wjeżdżamy w tą samą wąską leśną ścieżynę, którą rozpoczynaliśmy nasz teren, widzę już tylko nikły cień zadu Olimpii. Całe szczęście, że Kuba jedzie w jasnych dżinsach. Niestety i one nie mogą mi pomóc w najciemniejszych miejscach owej ścieżyny, bo są takie momenty, kiedy polegam tylko na Kubie-koniu, który widzi lepiej i lepiej zna trasę. Niestety nie uchronił mnie od uderzeń nisko rosnących gałęzi. Dla pewności, że żadne z nas nie zgubiło się w gąszczu liści, nawoływaliśmy się od czasu do czasu.
W końcu wjeżdżamy na teren stajni. Przy zgasłym już ognisku siedzi grypka naszych przyjaciół i czeka na nasz powrót.
Kiedy rozebraliśmy konie, zaczęliśmy się powoli rozchodzić. Kuba wrócił samochodem do domu, Mila zostawała w stajni na noc, a ja z Moniką i Makotą (bo Agnieszka musiała iść już wcześniej) jedziemy rowerami przez las.... Niestety mi się właśnie popsuło światełko w rowerze, ale to nic, może przejedziemy... Nic z tego. Za ciemno, nic przed sobą nie widzimy! Wracamy do Grześka, może on ma jakąś latarkę? Nie ma. Wszystkie wyładowane. Dobra, dzwonimy po rodziców. Mój tata remontuje samochód i właśnie od montował od niego drzwi i je pomalował, więc odpada. Cóż, zostali rodzice Makoty... i jak zwykle okazali się niezawodni! Przyjechali po nas za godzinę i tak skończyła się nasza herbatka u Grzesia.
Tak się skończył mój pierwszy od dawna teren :-).
Kości zostały rzucone. Idę do siodlarni po rzeczy Kuby-konia i udaję się na padok, aby go wyczyścić. Tam spotykam się z Kubą-kolegą, który przygotowuje już do wyjazdu klacz. Okazuje się, że on też długo nie jeździł, i że od dawna nie był w terenie, więc nawzajem się wspieramy duchowo, chociaż, to chyba ja najbardziej tego potrzebowałam.
My już ubraliśmy swoje konie, czekamy jeszcze na Milę. W końcu wyjeżdżamy.
Trasę zaczynamy od przejechania wąską ścieżyną przez las, gdzie ciągle dostaje się z liścia po twarzy. Wtedy doceniłam kuce, bo gdybym jechała na takim, to te wszystkie gałęzie miałabym nad głową, a nie na głowie. Przejeżdżamy obok oczyszczalni ścieków i wjeżdżamy w lasek przy "piaskach". Przejeżdżamy pod torami, wkraczamy na łąkę. Już jest ładnie... te suchedniowskie tereny... Potem znów wjeżdżamy w las, z niego wychodzimy na ulicę, gdzie słychać szczekanie psów i czuć przyjemny zapach smażonych racuchów. Przechodzimy przez większą ulicę, która prowadzi na mostki i jedziemy dalej w stronę lasu, który kojarzy mi się z rowerową wycieczka do Nowej Słupi. W każdym razie wjeżdżamy na łąki pod owym lasem i tam galop! Nareszcie! Galop w terenie to nie to samo co na ujeżdżalni. Nareszcie można poczuć wiatr we włosach, nareszcie można poczuć, że koń sam Cię niesie, a nie Ty go zmuszasz do tego. Nie czujesz już tylko przyjemności z tego, że miło kołysze Twoim ciałem, ale czujesz przyjemność z tego, że koń, na którym siedzisz czuje południowy wiatr w grzywie. Olimpia z radości strzela nawet baranki.
Po galopie chodzimy sobie stępem na obrzeżu lasu, aby to znaleźć do niego jakieś wejście. W końcu nam się to udaje. Po jakimś czasie Milena mówi, że chyba Maniek jej okulał. Zatrzymujemy się przy domu koleżanki, gdzie Mila zsiada z konia i sprawdza, czy faktycznie coś się stało. Zgubił podkowę! Och nie! Miał ją dopiero tydzień! Do tego kopyto trochę odprysło. Co robić? Może jej poszukać. Ale nie, zaraz zrobi się ciemno, nie ma sensu. W takim razie Mila nie wsiada na Mańka, tylko przez ponad połowę drogi powrotnej prowadzi go z ziemi, a ja z Kubą-kolegą jedziemy za nią powolutku.
Zaczyna się robić naprawdę ciemno. Kiedy wjeżdżamy do lasu, wrażenie to pogłębia się jeszcze bardziej. Gdy wyjeżdżamy na uliczkę, latarnie są już zaświecone. Mila wsiada z powrotem na Mańka dopiero na "piaskach" i od tej pory prowadzi nas Kuba-kolega na Olipii. Ja jadę zaraz za nim, a za mną jedzie Mila na Mańku. Gdy wjeżdżamy w tą samą wąską leśną ścieżynę, którą rozpoczynaliśmy nasz teren, widzę już tylko nikły cień zadu Olimpii. Całe szczęście, że Kuba jedzie w jasnych dżinsach. Niestety i one nie mogą mi pomóc w najciemniejszych miejscach owej ścieżyny, bo są takie momenty, kiedy polegam tylko na Kubie-koniu, który widzi lepiej i lepiej zna trasę. Niestety nie uchronił mnie od uderzeń nisko rosnących gałęzi. Dla pewności, że żadne z nas nie zgubiło się w gąszczu liści, nawoływaliśmy się od czasu do czasu.
W końcu wjeżdżamy na teren stajni. Przy zgasłym już ognisku siedzi grypka naszych przyjaciół i czeka na nasz powrót.
Kiedy rozebraliśmy konie, zaczęliśmy się powoli rozchodzić. Kuba wrócił samochodem do domu, Mila zostawała w stajni na noc, a ja z Moniką i Makotą (bo Agnieszka musiała iść już wcześniej) jedziemy rowerami przez las.... Niestety mi się właśnie popsuło światełko w rowerze, ale to nic, może przejedziemy... Nic z tego. Za ciemno, nic przed sobą nie widzimy! Wracamy do Grześka, może on ma jakąś latarkę? Nie ma. Wszystkie wyładowane. Dobra, dzwonimy po rodziców. Mój tata remontuje samochód i właśnie od montował od niego drzwi i je pomalował, więc odpada. Cóż, zostali rodzice Makoty... i jak zwykle okazali się niezawodni! Przyjechali po nas za godzinę i tak skończyła się nasza herbatka u Grzesia.
Tak się skończył mój pierwszy od dawna teren :-).
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
czwartek, 4 czerwca 2009 16:55:30
Mimo to, ze mój blog jest bardzo mocno niedorobiony, to zdecydowałam się na napisanie już pierwszej notki, tak na rozkręcenie. Niestety pewnie przez dłuższy czas nie będzie tu ciekawszej oprawy graficznej, tzn. mojej własnej, ale kiedyś nadejdzie ten moment, kiedy jakoś ubarwię to miejsce ;).
No, to chyba na tyle ;). Jeżeli ktoś jest zainteresowany tym kim w ogóle jestem, to na pewno zaraz coś o sobie napiszę... albo trochę później zaraz ;p.
W skrócie o mnie:
-gram na flecie poprzecznym i wyznaję prawdę, że muzyka jest jedynym uniwersalnym i międzynarodowym językiem;
-jeżdżę konno i jestem wielbicielkom tych zwierząt, ale nie tylko;
-rysuję, a przynajmniej próbuję: http://kabaczek.digart.pl .
Zachęcam do odwiedzin mojego bloga, szczególnie w chwilach wyjątkowej nudy ;p ;-). Pa!
No, to chyba na tyle ;). Jeżeli ktoś jest zainteresowany tym kim w ogóle jestem, to na pewno zaraz coś o sobie napiszę... albo trochę później zaraz ;p.
W skrócie o mnie:
-gram na flecie poprzecznym i wyznaję prawdę, że muzyka jest jedynym uniwersalnym i międzynarodowym językiem;
-jeżdżę konno i jestem wielbicielkom tych zwierząt, ale nie tylko;
-rysuję, a przynajmniej próbuję: http://kabaczek.digart.pl .
Zachęcam do odwiedzin mojego bloga, szczególnie w chwilach wyjątkowej nudy ;p ;-). Pa!
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii